Powrót do spisu treści

Piotr M. A. Cywiński
POLSKA DROGA DO WOLNOŚCI
Tekst dla portalu www.mloda-bialorus.pl, 2006


Tak wiele już napisano o polskim doświadczeniu wolności. Wyrosło ono na gruncie XIX wiecznych zrywów patriotycznych. Kultura polska została przeniknięta wpierw romantyczną wizją wolności rozumianej ideowo, lecz na tym fundamencie olbrzymią rolę odegrała pozytywistyczna budowa wolności, pojmowanej jako możliwego stanu rzeczy. Historia Europy dodała nam do tego gruntu makabryczne doświadczenie II wojny światowej, zapamiętanej przez polską kulturę jako dramat i poświęcenie porzuconego bohatera, opuszczonego przez niedawnych przyjaciół, poddanego wyniszczeniu, którego siła jedynie Żydom oddaje pierwszeństwo ofiar tego światowego konfliktu.

Na ogół historycy lubią analizować czasy PRL dzieląc je na okresy pisane piórem aparatu komunistycznego na garbionej mocniej lub słabiej skórze narodu. Tak więc pierwszy okres 1944-1947 jest czasem wprowadzania systemu. Na lata 1947-1956 przypada najciemniejszy czas, który jednak - po dekadzie stalinizmu - kończy się pierwszym sprzeciwem, o tyle dotkliwym dla władzy, że powstałym w środowiskach robotniczych i zaraźliwym, gdyż pochłaniającym nawet odległe Węgry. Następne lata, do 1968 roku są okresem pewnej równowagi. Reżim poznał granice swawoli i utrzymując się mocno u władzy stara się nie powtórzyć błędów z czasu stalinowskiego. Popełnia za to inne. Nie dostrzega ewolucji pokoleń, nie docenia głodu kultury i myśli, nie zauważa erozji swego autorytetu. W 1968 roku społeczeństwo znowu protestuje, a jedyną głębszą odpowiedzą władzy jest już tylko tworzenie podziałów i wewnętrzna walka o wpływy w aparacie. Następują coraz częstsze znaki oporu, których rozwój w latach siedemdziesiątych praktycznie doprowadził do wyprowadzenia opozycji z podziemia. Cenzura stała się prawie, że grą słów, dysydenci stali się jawni, a Kościół - główna przestrzeń wolności - zdobył Stolicę Apostolską. System ze strasznego stawał się niepoważny. W kontekście depresji gospodarczej wybuchły kolejne strajki w 1980 roku. Kolejne, a jednak inne: stały się podstawą już nie wielu ruchów opozycyjnych, ale jednego ruchu wszechogarniającego: Solidarności. To także było powstaniem, tyle, że nie zbrojnym, a obywatelskim, wolnościowym, odpowiedzialnym i świadomym niezbędnych samoograniczeń. Stan wojenny był już ostatnim podrygiem kończącego się reżimu, niemającego pomysłu na coraz bardziej zintegrowane przeciw niemu społeczeństwo. Druga połowa lat 80tych, to już tylko koniec, długi, mozolny, grząski koniec aparatu, którego ostatnim wysiłkiem było wynegocjowanie warunków przekazu władzy, przed ogólnoświatowym załamaniem się perspektyw marksizmu.
Utarło się tak to mniej więcej opisywać, więc tradycji tej oddaję część i czym prędzej od niej uciekam. Chciałbym bowiem poruszyć kilka spraw, często niedocenianych, często pozostających poza polem uwagi. Spraw, które odegrały swoją rolę - nie tylko polityczną, elitarną, ale często oddziałującą na szerokie grupy społeczne. A więc spraw istotnych, istotniejszych, niż miejsce, które im przypada na kartach ksiąg historycznych.

Pierwszym bardzo istotnym czynnikiem była swoista zbiorowa Realpolitik. Nie popadając w otwarty konflikt, na każdym calu, w każdym środowisku, Polacy jakby instynktownie starali się wykrajać możliwe przestrzenie wolności. Chłopi nie poddali się kolektywizacji, Kościół rozbudowywał działalność kultową i formacyjną, organizowały się studenckie kluby dyskusyjne, drobni handlarze ratowali niezależność. Wszystko, co było niepodległe stawało się niezmiernie ważne: rodzina stawała się pierwszym filarem edukacji, znajomi - źródłem obiegu informacji, a parafia - wspólnotą społeczności lokalnej również w zupełnie pozakościelnym znaczeniu. Na opresję zewnętrzną odpowiedziano formacją wewnętrzną.

Drugim czynnikiem niezmiernie ważnym była wzajemność. Dla koncepcji homo sovieticus, któremu partia ma wyznaczać granice jego społecznej roli, któremu partia każe budować domy, by piekarz mógł mu wypiekać chleb, wzajemność niekontrolowana okazała się nożem w plecy. System nie przewidział ogromu bezinteresownego dobra, umiejętności poświęcania się nawzajem. Tak więc intelektualiści głodowali na rzecz internowanych robotników, wyrzuceni ze studiów studenci pomagali rodzinom strajkującego proletariatu, ludzie wspomagali rodzinom opresjonowanych, tu i ówdzie ostentacyjnie dbano o ślady kultury gnębionych mniejszości narodowych, etnicznych, religijnych.

Trzecia kwestia przebiega na pograniczu semantyki i stereotypów własnych społeczeństwa polskiego. Rzeczywistość społeczna miała być tłumaczona ideowo. Jej podziały miały przebiegać wedle osi sojuszu chłopsko-robotniczego. Polacy jednak inaczej oswoili sobie rzeczywistość, wedle innego zupełnie podziału: My - Oni. W ciągu dziesięcioleci dualizm ten zakorzenił się bardzo mocno w mentalności ludzkiej. Stało się to powodem narastającej frustracji, dla tych, którzy coraz bardziej czuli się Onymi. A czuli się nimi we własnych rodzinach, względem sąsiadów lub na wakacjach. Być może ten właśnie podział okazał się jednym z najważniejszych czynników masowych ruchów opozycji. Okrągły Stół i historia końca systemu komunistycznego jest historią pokonania tego dualizmu. Wielu jednak nie chciało, nie potrafili lub nie zdołało pokonać w sobie owego dualistycznego postrzegania świata nawet po 1989 roku.

Innym nieprzecenionym krokiem ku wolności było zachowanie, przyjęcie lub utworzenie alternatyw w zakresie autorytetu publicznego. Ostatnią wielką, masową walką systemu o zachowanie autorytetu była próba utworzenia konkurencyjnych, komunistycznych obchodów tysiąclecia Chrztu Polski. Tłumy jednak bezwzględnie wybrały w latach sześćdziesiątych imprezy zorganizowane przez Kościół. Późniejsze próby budowania autorytetu władzy były już wyłącznie pro forma. Sami "Oni" już w siebie nie wierzyli. Dyskredytacja reżimu przeszła przez dyskredytację dziennika telewizyjnego, gazet, audycji radiowych. Powstanie alternatywnych autorytetów spowodowało potrzebę alternatywnych obiegów informacji, czy to "bibuły" (pism podziemnych, kolportowanych potajemnie), czy to wieści ustnych "nocnymi Polaków rozmowami" zwanych. W poszukiwaniu autorytetu rodziła się kultura nasłuchu radiostacji z wolnej części Europy.

Pokolenia. Fenomen pokoleń. Każde inne i każde odegrało swoją wielką rolę. Władza aparatczyków kompletnie rozminęła się z duchem czasu - zawsze byli o wiele kroków za ludźmi. Tandetne walki z "bikiniarzami" czy "młodzieżą bananową", archaiczne napiętnowanie studentów w latach wielkiego rozwoju szkół wyższych i otwarcia się perspektyw akademickich dla młodzieży wiejskiej, spychanie do półświatka jazzu lub rock'n'roll'u, czy choćby próby utrudniania wolnego spędzania wakacji w sposób niezorganizowany są świadectwem kompletnego zagubienia się władzy względem pokolenia rówieśników ich dzieci. W tym wymiarze już szkoła stawała się lekcją pogardy dla systemu i doświadczeniem pierwszych sprzeciwów.

No i wreszcie czynnik katalizujący: kryzys gospodarczy. Ludzie są wstanie znieść głupotę ideologiczną, ludzie natomiast nie chcą płacić za nią przesadnej ceny. Reżim z jednej strony stawał się coraz mniej groźny, coraz bardziej fasadowy, a zarazem pogłębiał się w coraz większym kryzysie gospodarczym. Trudno powiedzieć, w którym miejscu nastąpiło na tym tle przewartościowanie postaw ludzkich. Jeszcze wielkie pożyczki walutowe czasów E. Gierka na jakiś czas uratowały rządzących. Później kolejki do pustych sklepów zlewały się w zbiorowej świadomości z obliczami partyjnych nieudaczników. Większość zrywów miało podłoże gospodarcze. Ludzie nie tylko chcieli żyć - ludzie pragnęli pewnych warunków owego życia.

Co to wszystko znaczyło dla świadomej opozycji? Dla tych spośród Polaków, którzy przyjęli sobie jako cel realizację dobra wspólnego? Otóż działalność opozycyjna polegała właśnie na:
a) propagowaniu postawy krytycznej, ironicznej względem systemu,
b) szerzeniu formacji obywatelskiej,
c) budowaniu mostów wzajemności i
d) wzmacnianiu alternatywnych źródeł informacji.

Czy tylko na tym? Nie. Jeszcze był jeden czynnik niezmiernie ważny. W warstwie psychologicznej może i determinujący. Mam na myśli śmiech. Dowcipy o milicjantach rozładowały strach, kawały o "Ruskich" uprzedzały demonizację ZSRR, karykatury systemu czyniły go mniej groźnym, bardziej nieudolnym, dodawały otuchy. A zarazem stawiały śmiejących w pozycji widza, w loży zewnętrznej absurdom władzy. A że reżim - jak każda próba budowania świata na modę poglądów i ideologii - był absurdalny, groteskowy, toteż śmiano się długo i do łez.

-----------------------