Powrót do spisu treści

Piotr M. A. Cywiński
CZŁOWIEK W DZISIEJSZYM ŚWIECIE. POSTSCRIPTUM.
w: Pamięć przyszłości. Stefanowi Wilkanowiczowi na początek dziewiątej dekady, Kraków 2005, s. 177-185.


Drogi Stefanie!

Dałeś mi zbiór Twych tekstów pt. "Człowiek w dzisiejszym świecie". Zaproponowałeś mi w ten sposób dyskusję na temat wszystkiego, co ważne. Twój zmysł syntezy jest dla mnie niedościgniony, ale jednak spróbuję Ci odpowiedzieć, zapisać to, co myślę - ogarnąć moje wątpliwości. Są one duże. Przez całe moje trzydzieści kilka lat wzrastałem w środowisku niepoprawnych optymistów. Najpierw moi Rodzice, potem rozmaici ludzie - Profesor Władysław Bartoszewski na pierwszym miejscu, dalej na pewno Stacha Grabska, Tadeusz Mazowiecki, Ewa i Czesław Deptułowie, Zula i Andrzej Wielowieyscy, a także w pewnym stopniu Karol Wojtyła, Jan Chrapek, Stefan Bratkowski, Jan Turnau, jeszcze kilka innych osób, a na pewno niegodzien końca tejże listy: Ty sam - mieli na mnie wpływ przemożny. Ale był to - i jest to nadal - wpływ optymistów.
Tak się złożyło, że poznałem bardziej lub mniej te kilkanaście osób z XX wieku - sam przynależąc już tylko do jego ostatniej ćwierci. Więc zanim nie zabiorę się za omawianie wielkich problemów, które postawiłeś przede mną, chciałbym skupić się na XX wieku. Tak! Na tym "Waszym" dwudziestym wieku tyle razy syntetycznie już opisywanym. Cóż to za czasy, Stefanie! Mówisz na początku wieku XXI, że "dzieje się coś złego z ludźmi". I masz niewątpliwie rację. Tyle, że nie od dziś. I od tego zacznę. Teza brzmieć będzie: cywilizacja ludzka przeszła w XX wieku ewidentną metamorfozę. Nic już nie wygląda tak samo. Żyjemy wśród innych ludzi. Ciężar tych zmian jeszcze do nas nie dotarł w sposób w pełni świadomy. Spróbuję to przedstawić w czterech punktach. Każdy z nich będzie na swój sposób dotyczył jednego z czterech ludzkich wymiarów, których znaczenie w historii cywilizacji gdzieś w XX wieku się załamało: śmierć, prawda, władza i społeczeństwo.

1. Śmierć w XX wieku
Śmierć przeraża. Śmierć wyrównuje. Śmierć uduchawia. Tak jest w normalnej cywilizacji, gdzie chowa się umarłych, wzywa ich wspomnienie, szanuje pamięć. Gdzie nawet zabijając - stara się nie mordować. XX wiek był pod tym względem diametralnie inny. XX wiek stworzył obozy śmierci. Pierwsze w Afryce, w niemieckich i angielskich koloniach. Niewiele później dołączyła Rosja, Chiny, Kambodża, Wietnam, Korea... Tam nosiciele szczęścia wyrżnęli w sumie być może ponad 80 milionów ludzi. Trwało to dwa pokolenia. Dodaj do tego sześć milionów Żydów, wśród nich półtora miliona dzieci. Ich zamordowano dużo szybciej. Patrząc na dzisiejszą Polskę sami widzimy jak ich brakuje. Przecież w naszych miasteczkach nie ma dziś mieszczaństwa.
XX wiek wymyślił, by mordować machinalnie. To znaczy na wielką skalę, z rozmachem, z ambicjami statystycznymi, prawie jak w fabryce samochodów, przy taśmie. Znasz - Stefanie - te opisy palenia tysięcy zwłok w Treblince, w Birkenau, na Majdanku. Wiesz więc równie dobrze jak ja, ile trzeba nocy, by znowu - po lekturze - zasnąć spokojnie. Ale zauważ: po tym wszystkim, jednak można spać spokojnie. To też nowa lekcja: nowa lekcja XX wieku.
Ludzie - zwiedzając milionami byłe obozy - uświadamiają sobie potencjał Zagłady, wzruszają się dziejami, płaczą i obiecują monotonne "nigdy więcej". Potem wracają do swych domów, przed swe telewizory, widzą w nich jak na dłoni ludobójstwa w Bośni, w Groznym, w Rwandzie... i palcem nie kiwną, choć żyją w wolnych krajach, cieszą się swobodami obywatelskimi i mają dostęp do olbrzymich środków społecznych i politycznych. A przecież tak niedawno pomstowali przeciwko tym ludziom, którzy w latach 1932-45 nie zrobili wystarczająco dużo, by zapobiec śmierci niewinnych.
Dziś z resztą i życiem, i śmiercią, i kawałkami ludzkimi można sobie pohandlować, trochę jak dawniej niewolnikami. Śmierć przecież musi się opłacać. Śmierć jest nieunikniona, więc rynek zapewniony. Na Holokauście można było zarobić, więc i na każdej śmierci można. Śmierć jest nie od dziś fenomenem ekonomicznym. Dawniej jednak żyli z niej kapłani i grabarze. Dziś? Lekarze, prawnicy, dziennikarze, politycy, artyści. Młode małżeństwa czekające na mieszkanie. Samo wypowiedzenie słowa "aborcja" czyni z człowieka ekstremistę.
Wobec tego, czy trudno się dziwić, że właśnie śmierć stała się językiem terrorystów? Stała się ona kartą do rozegrania, asem raz biorącym, argumentem politycznym, pionkiem w grze frustratów i zboczeńców pseudoreligijnych.
Śmierć już nie jest wejściem w zaświaty. Śmierć nabyła nową wartość polityczną, ekonomiczną, kulturową. Ją się da sprzedać i nie ma w tym nic zdrożnego. Tego, Drogi Stefanie, wcześniej jednak nie było.

2. Prawda w XX wieku.
Dwudziesty wiek obalił - czy może zrobił wszystko, by obalić - pewność. Utrzymała się ona pełnomocnie w arytmetyce. Chyba wyłącznie. Dawnymi czasy bywały fakty, bywały pewniki, bywały rzeczy, które były wiadome. Istniała niezaprzeczalna prawda. Każdy mógł mówić, że się nie zgadza, że jest na odwrót - inaczej, ale na tej samej zasadzie, w imię której każdy miał prawo zwariować. Dziś tego nie ma. Dziś wypowiada się każdy. W dowolnym kierunku. A słuchający tylko stara się zrozumieć, czy wypowiadający jest w ogólnych słowach do przyjęcia czy do odrzucenia. Dyskusji uprawiać nie warto, bo nie ma pewności co do wspólnego zrozumienia nawet fundamentalnych pojęć.
Prawda często bywała atakowana, niszczona, negowana, przekształcana. Ale koniec XX wieku rozprawił się z nią w sposób mistrzowski: on ją zmarginalizował. Uznał, że jest nieistotna. Istnieje, owszem, ale każdy ma swoją. Cóż to dla nas oznacza: nic więcej niż to, że wspólnota poszukiwań nie bardzo ma sens.
Jednym z objawów tej choroby - niby prostym, a wciąż nas zadziwiającym, przyznasz chyba - jest poprawność polityczna: to śpiewanie pod zmienne melodie przypadkowego chóru. Wydawać się by mogło, że jest to skamielina salonowości w przekazie publicznym. Niestety, jest to raczej brutalne wtargnięcie najbardziej zwyrodniałej mody do debaty obywatelskiej. Rozeznaniu nie podlegają sytuacje, rozeznaniu podlegają gusta. Tego wcześniej - przyznasz - przecież nie było.
Sam wiesz chyba lepiej ode mnie, co to się porobiło z przyzwoitością, z normami etycznymi, z konstruktywnym odczytem sumienia. Normy, czy przyzwoitość zostały zastąpione bardzo skutecznie przez prawo. Czy nawet nie przez prawo jako takie, a przez literę prawa. Przez interpretację zapisu. Wolno mi to, czego mi nie zabroniono. Ta w gruncie rzeczy bardzo wąska definicja wolności jest właśnie przedstawiana jako najszersza z możliwych. Z tym się wiąże cała roszczeniowość dzisiejszej cywilizacji. "Mam prawo" - jako źródło niejednego poglądu. Tu chyba także nastąpiło zachwianie.
Innym objawem, którego koszty jeszcze nie dadzą się szacować jest rosnący rozdźwięk między pamięcią a historią. Bardzo wyraźnie w tych ostatnich wielkich debatach historycznych, tych o wypędzeniu, o Jedwabnem, o czystkach wołyńskich dochodzi do głosu czysty relatywizm historyczny. Ważne jest w nim to, co pamiętam, bądź raczej odczuwam w związku z przeszłością, a nie sama przeszłość jako zbiór faktów. Jedni więc używają historii jako balsamu na swe takie lub inne rany, inni natomiast na podstawie partykularnych i starannie wybranych argumentów natury historycznej budują roszczenia. Nie ma już historii, są wspomnienia. Wspomnienia budowane a la carte.
Autorytetów już nie ma. Autorytety powstają na potrzebę chwili i trwają tyle, co koniunktura. Autorytet ma ten, który współgra z ogólnie lubianą tezą. Znakomicie to wyraził kiedyś Profesor. Wpadł do niego, do gabinetu, Andrzej Przewoźnik i zapytał u progu czy Iksiński był liberałem. Profesor spojrzał zdziwiony i odparł: "Iksiński? On już nie żyje! Umarłymi można sobie machać. Jak sztandarami".

3. Władza w XX wieku
Innym charakterem bez wątpienia nowym, jakby nową "jakością" XX wieku jest rola mediów. Jeszcze w drugiej połowie XIX wieku porządne firmy nie wykupywały reklam, gdyż zamieszczenie reklamy mogłoby sugerować, że ich produkt nie broni się sam. I to był punkt wyjścia. Dziś marketingowi podlega wszystko. Wraz z władzą, która co pół pokolenia wymyśla nowe słowa na określenie fenomenu propagandy. Informacja dziś nie jest już dobrem, staje się narzędziem. Tak było w przypadkach wielkich systemów totalitarnych, gdzie narzędzie informacji poddane było ideologii. Otóż w krajach wolnych informacja stała się także narzędziem. Zauważ: nie chodzi już dziś o dostęp odbiorcy do informacji, lecz raczej o dostęp informacji do odbiorcy.
Już nie władza tworzy informacje, które Ty - w Twym interesie - powinieneś poznać. Dziś władzę ma ten, kto dotrze do odbiorcy ze swoją informacją. Najlepiej tak spreparowaną, by odbiorca miał wrażenie, że to jego własna opinia. Więc najwięcej szans ma kandydat płci męskiej, otoczony niebieskim tłem, z ciepłym i głębokim spojrzeniem, ze szczerym uśmiechem i prostymi ruchami, ze spokojnym lecz zdecydowanym głosem, dobrą dykcją i pamięcią do cytatów, z nowymi zębami, metr osiemdziesiąt wzrostu, zajawki siwizny, acz wysportowany, majętny, żonaty, ojciec, nie wypowiadający się na tematy żydowskie i lubiący myśl o ewentualnym działaniu charytatywnym. Z osób, które wymieniłem na początku nie nadaje się nikt.
Myśmy tego - Stefanie - doświadczyli pod sam koniec XX wieku. Ale przecież już wcześniej był Reagan, już wcześniej był Kennedy. Nie potrafiliśmy na nich spojrzeć wówczas tym okiem. Widzieliśmy w nich polityków, w rozumieniu dwudziestolecia międzywojennego, takich Narutowiczów, Piłsudskich, Grabskich, tyle że w innych czasach, tyle że inna broń, inna geopolityka. A przecież to już nie to samo. Oni już wówczas byli opakowaniem, czystą aparycją. Zjawą niemalże.

4. Człowiek w społeczeństwie XX wieku
Rzeczą nową jest podmiot ekonomii. Wcześniej podmiotem był handlarz. Dziś - kapitał. Anonimowy, złożony z nieustannie zmiennych kombinacji udziałów. Nie ma już geografii kapitału, bo ta jest zmienna. Jest geografia produkcji, konsumpcji, a nawet transakcji, ale właściciel nie jest już uchwytny, jak to dawniej bywało. To chyba musi mieć jakiś głębszy wpływ na społeczeństwo, na etykę pracy, na identyfikację pracującego z efektem jego pracy, a co ważniejsze: na rolę pracy w jego życiu.
Oczywiście należałoby dziś mówić o rozpadzie rodziny, o zmianach stosunków międzypokoleniowych. To są rzeczy ważne, boleśnie odczuwane przez wielu, ciążące na życiorysach ludzi. Lecz system rodowy/rodzinny nieraz już zmieniał oblicze i nie mam pewności na ile dzisiejsze zmiany są efektem kryzysu normalnego, ewolucyjnego, a na ile jednoznaczną destrukcją. Inna rzecz mnie zaciekawiła w ostatnim dwudziestoleciu XX wieku. Mianowicie anonimowość stała się odczuwana jako wartość sama w sobie. W zaniku zupełnym są wizytówki z adresem prywatnym. Z drzwi znikły tabliczki z nazwiskami, przy dzwonkach są już tylko numery mieszkań. W Internecie - niczym w konspiracji - pojawiły się pseudonimy. Książki telefoniczne nie podają prywatnych numerów telefonów, choć te mają służyć właśnie kontaktom. Jeszcze w połowie XX wieku uchodziłoby to za absurd. Za groteskę. Powiesz mi może, że to ma niewielką szkodliwość. Nie potrafię oczywiście Ci udowodnić, że jest inaczej... jesteśmy na początku tej drogi maniakalnego indywidualizmu za parawanem. Ale mam wrażenie, Stefanie, że jest to jeden z poważniejszych zakrętów w dziejach cywilizacji. Człowiek się zabarykadował i zamknął na cztery spusty. Przynajmniej w dużych miastach. Zobacz jak wyglądają curricula vitae - dokumenty, które powinny opowiadać o ludziach. To są coraz bardziej spisy suchych i niepodważalnych faktów: "1998: Kurs z komunikatywności. Rezultat: bardzo dobry". To się wiąże jednak z brakiem odwagi do samookreślenia. Do stanięcia wobec ludzi nieznanych z jakąkolwiek informacją o sobie. Jeszcze nie potrafię do końca tego nazwać, wskazać palcem i wykazać skutki. Ale czuję to - Stefanie - coś się zmieniło. Coś straciliśmy. Wspomnij naszych Przyjaciół z obozów. Oni tam właśnie mieli numerki na miejscu nazwisk, twarzy, osobowości.

Może jeszcze należałoby poruszyć kwestię nauki i badań, coraz bardziej uzależnionych od władzy państwowej i od rynku - a w wielu płaszczyznach od wojska. Może jeszcze należałoby omówić sprawę ładu płciowego i postrzegania naturalnego porządku rzeczy. Ale te kwestie są już jakby skutkami walki z samym sobą. Bowiem człowiek dziś walczy nie tylko ze światem i z innymi ludźmi. Człowiek coraz bardziej walczy ze sobą.

Nie wiem, czy się zgodzisz z tym punktem wyjścia, ale uważam, że po XX wieku, i w dużej mierze w wyniku XX wieku, mamy innego człowieka. Gdyż zmiany dotyczyły i spraw transcendencji, i życia, i norm postępowania, i kwestii jego zakorzenienia w społeczeństwie, i wartości jego pracy. Gdybym miał przypisać konkretny portret, który odpowiada temu człowiekowi, byłby to piętnastolatek z rozbitej rodziny bądź domu dziecka. Na pewno niedojrzały emocjonalnie, choć na krótką metę zaradny, dalece wykorzeniony w postrzeganiu świata, głęboko zraniony i nie radzący sobie z wdrażaniem siebie samego w świat. Szukający li to schronienia, li to pomocy. Z takim człowiekiem rozmawia się inaczej. W ogóle wiek licealny jest wiekiem innym. I to chciałbym zaproponować jako fundament.
Nastolatek pragnie być traktowanym poważnie. Człowiek XXI wieku chce sam decydować o sobie. Nastolatek pragnie być akceptowanym. Człowiek XXI wieku potrzebuje odbudowania swej otuliny społecznej. Nastolatek chce szaleć i bawić się. Człowiek XXI wieku pragnie ciągłej nowości i odmiany. Nastolatek nie musi odrabiać lekcji. Człowiek XXI wieku chce iść przez życie na skróty. Nastolatek nie potrafi wyrazić odczuwanych sprzeczności. Człowiek XXI wieku zamyka się przed odczuwanymi paradoksami i absurdem. Nastolatek jest hiperkrytyczny. Człowiek XXI wieku jest nieufny.
Klasyczne wyjścia z trudnej cywilizacyjnie sytuacji są na ogół bardzo pozytywistyczne. Tworzy się modele, debatuje, ustala normy, proponuje założenia. To jest jak dmuchanie na burzę, by nie nadleciała. Gdyż przeciwko nam mamy tak skomasowane moce jak chęć dorobku, popęd płciowy, bunt indywidualistyczny, chęć posiadania, efekt stada. Nic to, że niektóre te siły są sprzeczne ze sobą. W tym XXI wieku sprzeczności są wielkie. Z nastolatkami nie można działać za pomocą modeli, norm i założeń.

Drogi Stefanie, jak widzisz, sądzę, że dzisiejsze czasy wymagają przede wszystkim zupełnie nowych metod. I na tym chyba polega Twoje wielkie metodologiczne zwycięstwo - Stefanie - że te metody zacząłeś wprowadzać nie od dziś. Przez Twe liczne podróże i spotkania: na innych kontynentach i w pobliskich miejscowościach. Wśród ludzi twego pokolenia i wśród bardzo młodych. Twarzą w twarz lub przez Internet. Mówisz o rzeczach prostych i trudnych. Nie obiecujesz rozwiązania problemów, ale zawsze, zawsze pokazujesz pierwszy krok w dobrym kierunku. Ludzie XXI wieku potrzebują takich właśnie form przekazu: bezpośredniego, szczerego, poważnie traktującego odbiorcę, krótkiego, pisanego językiem fenomenologicznym i możliwie obszernie odwołującego się do doświadczeń odbiorcy. W ten sposób można jeszcze ludzi przekonać, że człowiek to drugie "ja", że świat jest źródłem wielkich wartości, że dobro może przynieść wielką radość. W ten sposób można zapewne odtworzyć współzależności ludzkie. Można zapewne - poprzez wartość poznania - szerzyć umiejętność łączenia świadomości z czynami. Stawką jest cała olbrzymia nieodgadniona przyszłość.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

Piotr

-----------------------