Powrót do spisu treści

Piotr M. A. Cywiński
TWORZYĆ EUROPĘ
Głos w panelu na Konferencji "GRANICE EUROPY - CZY ISTNIEJE WSPÓLNA EUROPEJSKA PRZESTRZEŃ KULTUROWA?", Warszawa, Biblioteka Narodowa, 17 grudnia 2004.


Europejskość można definiować w bardzo różny sposób. Jerzy Kłoczowski w niedawno wydanej publikacji wspomniał pod wieloma względami świetną definicję, wedle której "Europa jest tam, gdzie przyroda jest człowiekowi przyjazna". Włącza ona do europejskości doświadczenia budowane w kulturach euro-pochodnych w Melbourne, Toronto i Buenos Aires. Ale europejskość można definiować wedle wielu kryteriów: granic geograficznych, uwarunkowań historycznych, wspólnoty aksjologicznej czy kulturowej. Ciekawym fenomenem jest samo pojęcie "europejskości" - w naszej kresowej części Europy od dawna roztrząsane. Pamiętam jednak debaty we Francji na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, co do niepewnego przełożenia na francuski samego pojęcia "europejskość". Istniały wówczas przynajmniej trzy wersje. Francuz nie musiał do niedawna zapytywać się o treść swego doświadczenia w tym samym stopniu, co mieszkaniec Polski czy Ukrainy.

Próby znalezienia dobrych definicji są w dzisiejszych czasach liczne, gdyż istnieje potrzeba określenia celowości (fr: finalité) europejskiej konstrukcji. Miał tego dokonać Konwent, przeraził się tego zadania i uciekł w pisanie konstytucji. To zadanie go jednak i tam dopadło, a dalsze uciekanie od definicji w preambule zagroziło referendalnym odrzuceniem samego dzieła konstytucyjnego. Gdy swego idealnego modelu szukały pokolenia pozytywizmu, objawił się Robinson Crusoe, jako personifikacja wiary w zdolność tworzenia postępu cywilizacyjnego w oparciu o wiedzę. Czy analogicznie europejskość również może się dać określić w jakimś kanonie pojęć, przedmiotów, nurtów, zakresów? Czy może Europa jest tworem poza-kanonicznym, czy meta-kanonicznym?

W sferze życia publicznego państwa powstały na podstawie określonych wartości. Każda konstytucja, czy inny podstawowy akt prawny stwierdzał, że powstaje w imię konkretnych wartości i dla ich dochowania w życiu społecznym. Wartości te jednakowoż bywały bardzo różne. Dla Francji będą to "wolność, równość i braterstwo" - a zatem wartości już mocno osadzone w realiach społecznych. W konstytucji polskiej wymieniamy inne wartości, pochodzące ze szczebla trochę innego: prawda, sprawiedliwość, dobro i piękno. Francuzów bardzo zawsze dziwi ten dobór wartości, w szczególności obecność piękna przy braku wolności. A przecież wolność kojarzy nam się - i nie bez powodów - już z pewnym uwarunkowaniem historycznym, pozytywnym, ale nie niezbędnym. Muszę powiedzieć, że głównemu autorowi naszej preambuły, Stefanowi Wilkanowiczowi, jestem szczególnie wdzięczny za umieszczenie w niej wartości "piękna". W tym ujęciu czterech podstawowych wartości łączymy elementy kultury zachodniej, konkretnej, pragmatycznej, z elementami kultury wschodniej, o niebo bardziej kontemplacyjnej.

Różnice w definiowaniu wartości nie są kwestiami czysto akademickimi. Mają bardzo realne przełożenie na życie społeczne i polityczne. Dam jeden przykład, bardzo na czasie. Debata nad definicją czasu rozpoczęła się przynajmniej dwadzieścia kilka wieków temu. Z jednej strony Platon przy teorii bytów doskonałych, bodajże za Parmenidesem, przyczynił się do definicji czasu kolistego, odnawiającego się czasu wiecznych powrotów. W doświadczeniu religijnym w tę teorię wpisał się znakomicie Kohelet ("nihil novi sub sole"), a wdrożyły to - w dużej mierze przez liturgię, ale również architekturę, politykę, cały język symboli odpowiadający ludom agrarnym - kultury zrodzone na pniu Bizancjum. Z drugiej strony Arystoteles, a za nim Tomasz z Akwinu rozpowszechnili inną koncepcję czasu, ewolucyjną, rozpiętą między początkiem a końcem (Apokalipsą). W tej koncepcji czas powodował ewolucję, rozwój. Przynajmniej od XI-XII wieku ta linearna koncepcja stała motorem postrzegania dążeń ludzkich na Zachodzie Europy.

Te dwie koncepcje czasu mają swój olbrzymi wpływ na wizję finalité działań politycznych. W pierwszej koncepcji, kolistej, celem polityki będzie odnawianie dobrobytu (faktycznego lub mitycznego), zapewnianie, że nic się za bardzo nie zmieni, że będzie jak było, że odnajdziemy naturalny błogostan. W tej perspektywie słowo "reforma" brzmi groźnie. W drugiej koncepcji, linearnej, celem polityki będzie zupełnie odwrotnie: rozwój, zmiany, ewolucja. Reforma staje się synonimem nadziei i każdy minister winien rozpocząć własną.

Napięcie między tymi dwoma koncepcjami znakomicie, acz mimowolnie wyraził niegdyś premier Rosji: "chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze". Można to rozszyfrować jako "zapragnęliśmy - jak wy - ewolucji, ale czas kolisty - jak zwykle - zwyciężył". Tu, na styku dwóch światów, a zarazem dwóch czasów - w Polsce - szczególnie odczuwamy ten cytat i jego "duszoszczipatielstwo". Ale dziś - na Ukrainie - byliśmy świadkami brutalnego zderzenia tych dwóch koncepcji czasu w retoryce pomarańczowych i niebieskich grup wyborczych. Niebiescy, wschodni, podkreślali argumenty natury kolistej. Juszczenko był zły, bo chciał zmian, oderwania od tego, co było. Pomarańczowi właśnie ten element odebrali jako czynnik nadziei, obrali za swój i położyli wszystko, co mogli na szalę zwycięstwa. Zwyciężyła koncepcja ewolucji, linearna. Komentatorzy stwierdzali już nazajutrz, że Europa się poszerzyła.

Także dziś, rozważając granice Europy, szukając rozmiarów geograficznych, uwarunkowanych historycznie, określamy również fundamenty wartości oraz najważniejszych pojęć cywilizacyjnych Europy. Tak, jak z fenomenem dziedzictwa łączy się zagadnienie tożsamości, tak samo w tożsamości rodzi się poczucie własnej wartości. Można przyrównać do dziedzictwa żywego wartości uznane za swoje, czyli głęboką świadomość tego, kim jestem. Warto zatem podkreślić, że czym bardziej Europa będzie federacyjna, tym trudniej, ale i pilniej trzeba będzie określić wspólnotę korzeni. Wówczas zrodzi się pytanie o żywotność dziedzictwa. Tylko osoby o mocnym poczuciu własnej tożsamości nie lękają się wpływów tożsamości innych. W tym kontekście nie dziwi mnie, że w Polsce nie słyszę zdecydowanych głosów przeciwko wejściu Turcji do UE. Słyszę za to takie głosy we Francji. Kwestia wejścia Turcji jest dla mnie kwestią zasadniczą dla sprawdzenia wartości Europy. Wartość sprawdzana klaustrofobicznie na swoim własnym podwórku jest niewymierna. I nie ma sensu straszyć uproszczeniami Huntingtona, przeciwstawiającymi przestrzenie dialogu przestrzeniom konfliktu. Huntington nie uwzględnił jednej podstawowej rzeczywistości w tej konstrukcji: dialog jest nieodłączny od konfliktu. Gdzie nie ma konfliktu, nie ma dialogu.

W tym kontekście pada oczywiście pytanie o chrześcijaństwo. Nie mam cienia wątpliwości, że nie istnieje żaden większy korzeń wspólny dzisiejszej Europy. Właśnie w tym kontekście chrześcijańskim rodziły się państwa prawa, zasada pomocniczości, idea personalizmu, perspektywa rozwoju. Dzisiejszy parlamentaryzm rodził się w systemie kapitularnym zakonów, następnie naśladowanym przez wspólnoty miejskie i inne "universitates". Natomiast wielkim błędem byłoby rozpatrywać to zagadnienie w kategoriach przeszłości. Żyjemy bowiem w czasach, w których tworzy się nowe. Tylko w ostatnich 18 miesiącach w wielu krajach Europy, w sposób zupełnie nieskoordynowany, bardzo często świecki i oddolny, zorganizowano olbrzymie seminaria chrześcijańskie, wszystkie mające za temat przyszłość Europy: niemiecki Kirschentag, austriackie spotkanie w Grazu, Fatima, Semaines Sociales w Lilles czy nasze Zjazdy Gnieźnieńskie. Poza tymi wydarzeniami chrześcijańskimi, nie słyszałem o żadnych innych tego typu spotkaniach, nie wliczając oczywiście spotkań czysto politycznych. Jest to fenomen sam w sobie, wyraz zupełnie nowej obywatelskiej troski o wspólną przyszłość Europy.

Zgadzam się z biskupem Tadeuszem Pieronkiem, że czasy wokół chrześcijaństwa są niepokojące. Natomiast niepokoję się o Europę, nie o chrześcijaństwo. Żaden inny fenomen społeczny nie przetrwał tylu krytyk, tylu wrogich działań, tylu trudnych chwil, a także swoich własnych błędów. Niepokoi mnie natomiast nieumiejętność Europy analizowania swej własnej tożsamości. Tej tożsamości, która rodziła się u filozofów i artystów, u Ojców Kościoła (np. idea dobra wspólnego), w judeo-chrześcijańskiej tradycji religijnej (w której osadzona jest wartość słowa pisanego, kalendarz, czas odpoczynku, prawo osadzone na etyce), u wielkich mistrzów uniwersyteckich średniowiecza i renesansu (tu widzimy choćby zalążki personalizmu, społeczeństwa oparte na uznaniu godności osoby ludzkiej), w wizjach i pragnieniach humanistycznych. Tożsamości również zrodzonej w doświadczeniach negatywnych, tożsamości zakorzenionej również w Auschwitz. Wszak trzeba było II wojny światowej, by chrześcijańscy politycy rzekli "dość, trzeba Europę stworzyć nową".

-----------------------