Powrót do spisu treści

Piotr M. A. Cywiński
APOKRYF MELA GIBSONA
artykuł zamówiony przez miesięcznyk "Midrasz", ukazał się w kwietniu 2004.


Film mi się nie spodobał. Widziałem jego premierę w Teatrze Narodowym, wcześniej już rozmawiałem z ludźmi, którzy oglądali go na pokazach prapremierowych, widziałem witrynę internetową promującą film. Czytałem pierwsze doniesienia prasowe o reakcjach z Rzymu i zza oceanu. Szedłem na niego wiedząc, że zobaczę coś okrutnego. Byłem ciekaw mego własnego odbioru. Byłem przygotowany przez media do konieczności wyrobienia sobie opinii. Nie spodobał mi się.

Trzy kwestie wydają mi się istotne. Pierwszą będzie sprawa potencjalnie w tym filmie zawartego antysemityzmu. Otóż ja się go tam nie dopatrzyłem. Tak samo można by w nim ujrzeć antyrzymskość, czy antypolityczność. Złośliwi twierdzą, że całą dyskusję o antysemityzmie filmu rozpoczęli sami producenci. Nie wiem, jak było. Jeśli ktoś po obejrzeniu filmu i na tej postawie będzie twierdził, że Żydzi zabili Chrystusa, niechaj więc twierdzi również, że Polacy zabili Jerzego Popiełuszkę. W filmie jedynym niepokojącym obrazem jest dla mnie rozpad świątyni na dwie części podczas trzęsienia ziemi w chwili śmierci Jezusa. Wedle opisów biblijnych jedynie zasłona na Świętym Świętych rozdarła się na dwie części. Ale przyjmuję, że tu chodzi o symboliczny rozłam w środowiskach żydowskich - na Kościół i Synagogę. Symbol trochę prymitywny, ale niech będzie. Trudno. Nie takie prymitywizmy się w kinie amerykańskim oglądało.

Drugą kwestią jest przekaz teologiczny filmu. Pod tym względem nic film ten nie dodał do tego, co już było. Stanowi jedynie makabryczne uwypuklenie elementu męki. Teologicznie jest płytki. Widz widzi ten film przez taki pryzmat, jaki mu zapewnia jego własna wiedza teologiczna. Jeśli ktoś zatem nie wie, że Jezus umarł za grzechy wszystkich, to się tego raczej nie dowie, a na pewno nie poczuje się współodpowiedzialny za tą śmierć.

Trzecia kwestia jest dla mnie najważniejsza. Chodzi o brutalność. Film ten zapisze się prawdopodobnie w historii kina jako pierwsza produkcja tak krwawa, tak okrutna, a zarazem oglądana przez szeroką publiczność. Jestem przekonany, że każdy inny temat, przedstawiony równie krwawo, byłby okrojony przez cenzorów, dopuszczony dla widzów od lat osiemnastu i przemilczany przez najważniejsze czasopisma krytyczne - jako stojący poza pułapem przyzwoitych krytyków. Wyłącznie tematyka pasyjna sprawiła, że w tym przypadku stało się inaczej. Otóż oglądałem każdą scenę tego filmu, zmuszając się do nieodwracania spojrzenia nawet przy najcięższych scenach biczowania, bądź krzyżowania. Te sceny przypominały mi dziesiątki opisów bicia, biczowania i katowania człowieka, które pamiętam z relacji pochodzących z hitlerowskich obozów koncentracyjnych i Zagłady, sowieckich więzień i łagrów. I właśnie porównanie z tymi opisami doprowadziło mnie do wniosku, że wyobraźnia Gibsona szwankuje. Tak być nie mogło, to nie wytrzymuje podstawowej anatomicznej czy medycznej krytyki. Biczowanie hakami i ostrzami (jakby żyletek) po brzuchu? Nonsens. Człowiek tak skatowany, jak nim był Gibsonowy Jezus nie mógłby ruszyć się, stanąć, mówić, iść, wspinać się na Golgotę, nieść przez część drogi krzyż, przeżyć aż do ukrzyżowania. Ciało, które jest poszarpane tak, że widać gołe kości żebrowe - takie ciało wychładza się, słabnie, wykrwawia w bardzo szybkim tempie. To nie jest film o ukrzyżowaniu, lecz o ubiczowaniu. Po pierwsze Gibson przesadził względem możliwości człowieka, tworząc coś na kształt cudu. Biblia w tym miejscu cudu nie głosi. Męka jest ludzka, nie boska. Jezus na krzyżu woła: "Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił". Zresztą nie ogrom ran zadanych jest sednem tego cierpienia. Dla chrześcijanina dobrowolność tej śmierci za nas wszystkich odsłania jej wielkość i jej sens w dziejach ludzkich. Dlatego Gibson przesadził także w interpretacji Pisma Świętego.

Żeby dobrze zrozumieć siłę przesady proponuję odczytać całość fragmentów dotyczących biczowania ze wszystkich czterech zapisów ewangelicznych. Przytaczam poniżej pełne brzmienie odnoszące się właśnie do biczowania.

Ewangelia wg. św. Mateusza (27, 26-31): "Wtedy [Piłat] uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał im na ukrzyżowanie. Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa na dziedziniec twierdzy i zgromadzili koło Niego cały oddział. Rozebrali Go i nałożyli na Niego szkarłatny płaszcz. Upletli wieniec z cierni i włożyli Mu na głowę, a w prawą rękę trzcinę. Potem padali przed Nim na kolana i drwili z Niego mówiąc: Witaj, królu Żydów! Pluli na Niego, brali trzcinę i bili go po głowie. A kiedy Go wyszydzili, ściągnęli z Niego płaszcz, ubrali w Jego własne szaty i odprowadzili na ukrzyżowanie."

Ewangelia wg. św. Marka (15, 15-20): "Wówczas Piłat, chcąc zadowolić tłum, postanowił uwolnić im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał im na ukrzyżowanie. Wtedy żołnierze zaprowadzili Go na wewnętrzny dziedziniec, to jest do pretorium, i zwołali cały oddział. Ubrali Go w purpurę i nałożyli mu wieniec upleciony z cierni. I zaczęli Go pozdrawiać: Witaj, królu Żydów! Bili go trzciną po głowie, pluli na niego, przyklękali i kłaniali się Mu. A kiedy go wyszydzili, ściągnęli z niego purpurę, ubrali w Jego własne szaty i wyprowadzili, aby Go ukrzyżować."

Ewangelia wg. św. Łukasza (23, 22): "Wtedy po raz trzeci [Piłat] powiedział do nich: Co On właściwie złego uczynił? Nie znalazłem w Nim żadnego powodu, by Go skazać na śmierć. Każę Go więc wychłostać i uwolnię."

Ewangelia wg. św. Jana (19, 1-4): "Wtedy Piłat wziął Jezusa i kazał Go ubiczować. Żołnierze zaś spletli koronę z cieni, włożyli ją na Jego głowę i okryli Go purpurowym płaszczem. Podchodzili do Niego i mówili: Witaj, królu Żydów. I policzkowali Go. Wówczas Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i powiedział: Oto wyprowadzam Go do was, abyście poznali, że nie znajduję w Nim żadnej winy."

Oto i cztery opisy. Jezus zdaje się być smagany trzciną po głowie, będąc ubrany w purpurowy płaszcz. Purpura jest kolorem arystokracji. Wygląda to bardziej na kpinę z zarzutu, jakoby się był mianował królem żydowskim - zarzutu, który postawił Sanhedryn. Kpinę właśnie a nie mordęgę. Skąd więc wziął Mel Gibson swoją wersję? Ponoć z prywatnych objawień (tak się oficjalnie nazywa widzenia) Anny Katarzyny Emmerich XVIII-XIX-wiecznej mistyczki-stygmatyczki. Być może także pośrednio ze średniowiecznych pasji, w których elementy teatru, wierzeń ludowych i apokryfów mieszały się z przekazem biblijnym? Być może! Pada jednak pytanie, dlaczego zmieniając brzmienie biblijne rozbudował wyłącznie okrucieństwo. Nie jestem zwolennikiem okrucieństwa. Nie uważam, by dla pokrzepienia duszy należało zmaltretować ciało - i to do tego stopnia. Nie widzę powodów, dla których należałoby historii Jezusa, Jego męce i cierpieniom faktycznym dokładać jeszcze dodatkowe porcje cierpienia. To jest dla mnie chore. Zupełnie chore.

Dla mnie - chrześcijanina - śmierć Jezusa ma znaczenie fundamentalne. Przywraca ona - nawet w naszej dzisiejszej codzienności - właściwe relacje Boga ze stworzeniem, z ludźmi, ze mną. Tego w tym filmie nie było.

-----------------------
Fragmenty Ewangelii w przekładzie ekumenicznym z języków oryginalnych, Towarzystwo Biblijne, wyd. II, Warszawa 2001.