Powrót do spisu treści

Piotr M. A. Cywiński
KULTURA I RELIGIA W PROCESACH TRANSFORMACJI SYSTEMOWEJ ORAZ INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ
Konferencja AEGEE, Warszawa 15-17 maja 98


Pytanie o kulturę i religię w budowie europejskiej jest pytaniem bardzo ważkim i chyba wagę tego pytania dostrzegamy w latach dziewięćdziesiątych na nowy sposób. Po upadku sztucznego bipolarnego podziału Europy, odżywają stare podziały mające wielowiekowe tradycje i objawiające się przede wszystkim w sferze współistnienia kultur. Jest znamiennym, że konstrukcja europejska odtwarza w zasadniczej mierze Europę łacińską. Mapa wspólnotowa jest mapą alfabetu łacińskiego, prawa rzymskiego i chrześcijaństwa zachodniego. Rozszerzenie o Polskę, Czechy i Węgry w pierwszym kroku jest tak naprawdę tylko uzupełnieniem tej mapy. Zauważyć trzeba, że w perspektywie dalszych etapów mówiło się o Słowacji, Słowenii, o obszarze bałtyckim,... a nikt nie poruszał sprawy choćby Mołdawii lub Albanii. Wymownie brzmi niedawna - a nie wiem czy tak na prawdę definitywnie stłumiona - tragedia byłej Jugosławii. Jedynym wyjątkiem w takim podziale Europy jest Grecja, ale warto spostrzec, iż z całej strefy wschodniej - bizantyjskiej, właśnie tylko Grecja, leżąca u podłoża architektury, filozofii, ba! - nauki łacińskiej, zyskała naturalne i niepodważalne miejsce w konstrukcji europejskiej. Te nowe granice mogą nawet rodzić obawy o odtwarzanie starych podziałów nie tylko stricte instytucjonalnych, tym nie mniej ukazują one jak daleko Europa jest budowana na podłożu kulturowym, a więc i religijnym. Religia bowiem - odnoszę wrażenie - znajduje swój wyraz w tej budowie przede wszystkim w swym kulturowym wymiarze. Ale równiż świadomość wpływu nauki społecznej Kościoła, systemu wartości chrześcijańskich stanowiących trzon myśli europejskiej jest doświadczeniem przede wszystkim świadomości łacińskiej części Europy. Możnaby wymienić głębokie analogie przestrzenne w przebiegu chrystianizacji Europy w średniowieczu do procesu integracji europejskiej.
Integracja europejska przebiega w sposób zróżnicowany w różnych częściach Europy. Różnice te podlegają wymiarom zarówno przestrzennym jak i czasowym. Czynniki kulturowe mają tu fundamentalne znaczenie. Inne problemy stoją przed polityką integracyjną w Polsce a inne na przykład w Portugalii, Słowenii czy krajów skandynawskich. Postrzeganie tych wyzwań w kategoriach ściśle prawno-ekonomicznych stawiałoby błędną metodę integracyjną. Wówczas integracja opierałaby się na czynnikach w sumie bardzo zmiennych i niepewnych. Kultura, ukształtowana między innymi przez wspólnotowe doświadczenie transcendencji, jest długotrwałym i raczej niepodatnym na nieprzewidywalne zmiany, podłożem gwarantującym trwałość konstrukcji wspólnotowej. Granice integracji nie mogą być na dłuższą metę ekonomiczne, wojskowe,... To wiązałoby konstrukcję z podłożem czysto taktycznym, pragmatycznym, krótkotrwałym. Właśnie rozpoznanie wspólnych czynników kulturowych w obrębie integrowanej jedności stawia całość na pewnym gruncie. I ta świadomość odżyła w latach dziewięćdziesiątych. Pamiętam, że gdy w latach 1991-93 pracowałem w Strasburgu, w Europejskim Forum Demokratycznym - jednej z wielu instytucji istniejących przy Parlamencie, tylko niektóre środowiska podkreślały ten kulturowo-duchowy wymiar Europy. Jak bardzo się ta świadomość zmieniła w ostatnich latach świadczyć może pobyt reprezentacji Episkopatu polskiego w Brukseli na początku tego roku. Na pytanie - jakie ma być miejsce Kościoła w zintegrowanej Europie, biskupi usłyszeli odpowiedź - Kościół przede wszystkim ma oceniać moralnie to, co Europa tworzy. Kościół, który współtworzył przez wieki ten kontynent ma stanowić moralny autorytet, oceniający Europę. Jest to - dla mnie - stwierdzenie na swój sposób tak ważne jak inne zdanie, w którym Papież nazwał Europę kontynentem najdłużej związanym z chrześcijaństwem.
Zatem pojawia się obraz Europy jako budowy opierającej się o kulturowe i duchowe fundamenty. Pada za tym pytanie o cechy dzisiejszej kultury i religijności. Pytanie jest ważne, gdyż - przez pryzmat wyżej wymienionej logiki - stanowi to pytanie o fundamenty integracji. W dzisiejszym świecie, w drugiej połowie naszego XX wieku, zauważalne gołym okiem procesy odmieniają zasadniczo świat kultury i świat wiary. Socjologowie by to przedstawili dużo profesjonalniej ode mnie, ja pragnę tylko podkreślić jeden - moim zdaniem - zasadniczy czynnik owych zachodzących zmian. Zarówno kultura, ale też i religia w szybkim tempie indywidualizują się. Co przez to rozumiem? Coraz rzadziej jednostki identyfikują się ex natura z tradycyjną wspólnotą kultury lub religii. Zaistniała moda, której we wcześniejszych wiekach historycy nie zauważają na taką skalę, na lansowanie sobie własnej kultury, czerpiącej dowolnie z wielu, wybranych przez siebie, zbiorów kulturowych. Bardzo podobne synkretyzmy obserwować można w świecie wiary. Jest to fenomen, który zaczyna się w sferze tak zwanej "wiary selektywnej", a kończy się na nieprawowiernych synkretyzmach. Coraz rzadziej wspólnota lokalna, geograficznie określona, opiera się jednoznacznie i w sposób świadomy na wspólnej kulturze lub wierzeniach. Czy chrzest prezydenta odbieralibyśmy dziś tak jak chrzest Mieszka lub Jagiełły? Wpływa na tę indywidualizację niewątpliwie zwiększona ruchliwość ludzi w dzisiejszym świecie, nie będę tu nawet próbował tego tłumaczyć - nie jestem do tego ani przygotowany, ani nawet wykształcony. Chciałbym tylko przyjrzeć się konsekwencjom i wyzwaniom, które stawia obserwacja tych zmian. W miastach ten proces jest dużo jaskrawszy niż w świecie wiejskim. Przykładem pewnej reorganizacji Kościoła w obliczu tej indywidualizacji wiary jest powstanie wielu przeróżnych grup i wspólnot, które - proponując bardzo różne duchowości - pomału zastępują klasyczny związek wiernego z Kościołem: parafię. Wydaje mi się, że - w Kościele - właśnie z tymi procesami indywidualizacji kulturowo-religijnej wiąże się dzisiejszy kryzys i że na tej płaszczyźnie należy rozważać nowe wyzwania dla pracy duszpasterskiej.
Takie własne, indywidualne, wybiórcze identyfikowanie swej osoby ze światem kultury i wiary jest chyba rzeczą człowiekowi naturalną. To wynika z podstawowej wolności istoty ludzkiej do podejmowania wolnych decyzji dotyczących swej własnej osoby. Sądzę nawet, że - mimo niepokojów, które mogą powstać u ludzi przywiązanych do dawniejszych rozwiązań - jest to objaw, w którym indywidualny wysiłek wyboru pociąga za sobą odpowiedzialność za ten wybór. Może więc jesteśmy na progu pewnej dorosłości, która momentami przeraża.
Natomiast obserwacja indywidualizacji swego identyfikacji kulturowej i religijnej stawia pytanie o fundamenty integracji europejskiej. Integracja, w procesie której ma miejsce identyfikacja człowieka z budowaną Europą, musi uwzględnić te rosnące zapotrzebowania na indywidualną identyfikację, własną każdemu człowiekowi. Integracja europejska musi mieć nie tylko narodowy lub regionalny charakter. Integracja to nie tylko zbiór wspólnot regionalnych lub państwowych. Integracja musi pamiętać o swym charakterze indywidualnym. To musimy chyba jeszcze przemyśleć. Europa musi być swojska dla jej mieszkańców, a każdy będzie tę swojskość oceniał przez pryzmat swego własnego światopoglądu, czyli poglądu na świat. Buntujący się przeciwko Europie najczęściej po prostu czują rozdźwięk pomiędzy swym światem a Europą. Praca edukacyjna potrzebna dla celów integracji musi być pracą o wymiarze również indywidualnym - zwróconym niejako a la carte do konkretnego odbiorcy.
Europa ma doświadczenie nie-Europy. Doświadczenie to jest bogate. Czasem zdobywaliśmy te doświadczenie drogami wojen, kolonii, czasem pracą nad pokojem na świecie. Istnieją już modele różnych integracji, chyba jednak nie zaistniała chęć integracji na taką skalę. Budowa Europy to nie tylko składanie różnych jednostek etno-kulturowych, to także przecież nie tylko ekumenia wierzeń. Nota bene: cieszę się, że procesy integracji przebiegają w inny sposób niż dialog ekumeniczny. Dialog ten polega w dużym stopniu na ustalaniu na różnych szczeblach wspólnych kompromisowych uzgodnień teologicznych, a prawie nie istnieje na płaszczyźnie indywidualnego przeżycia inności. Jest, moim zdaniem, tylko jedna siła zdolna do prawdziwie trwałej integracji i nie jest nią wspólna wiara, tylko miłość. Na tym polega właśnie siła Taize. Dlatego w procesie integracji europejskiej cieszą rewelacyjne wyniki wszystkich kontaktów pomiędzy najróżniejszymi małymi wspólnotami, wymiany młodzieży, podróże edukacyjne, wspólne spotkania. I tu odnajdujemy próbę odpowiedzi na ten zindywidualizowany wymów integracji, który wynika - moim zdaniem - właśnie z kulturowych podłoży konstrukcji europejskiej.
Kończąc, trzeba postawić pytanie, które samo z siebie, ciśnie się na usta. Jakie są granice Wspólnego Domu? Kwestia ta poddaje się analizie logicznej. Czym szersze ustanowimy owe granice, tym większy będzie worek do którego "załapią się" odmienne jednostki. Czym mniej jednostek dopuścimy, tym bardziej zawartość worka będzie jednolita. Jest to pytanie, które ma charakter geograficzny, ale nie tylko. Migracje chętnych na europejskość eskimosów do Paryża nie wyeliminują przecież tego pytania. Pytaniem jest czy w Europie jest miejsce dla niektórych propozycji np. etycznych lub światopoglądowych. I tutaj nie uciekniemy od definicji kulturowo-religijnych podwalin europejskiej budowy. Pytanie Europy XXI wieku będzie zatem zasadniczo dotyczyło integracji Europy łacińskiej z Europą bizantyjską. Jakie są na dzień dzisiejszy realne odpowiedzi na owo pytanie? W takiej perspektywie można się radować, z greckiego uczestnictwa w konstrukcji Europejskiej. Jest to - być może - jakiś model, z którego przyszłość będzie umiała skorzystać. Innym doświadczeniem jest przeszłość Rzeczypospolitej wszak - nie tylko - obojga narodów. Czym bardziej więc Europa przemyśli swe kulturowe podłoże, tym lepiej zrozumie swą złożoność, oceni swe siły i słabości i znajdzie rozwiązania na integrację całego swego obszaru.